Jestem w stanach od 2 tygodni, ponad tydzień u rodziny. Coraz bardziej zaczynam się tutaj czuć jak u siebie. Powoli zaczynam poznawać ludzi i okolicę oraz organizować sobie czas. Moim planem na zajęcie sobie czasu rano jest siłka :D Hości okazali się super i dopłacają mi połowę do siłowni,a w zasadzie fitness clubu, dzięki czemu za 40$ mam taki wybór zajęć że chyba przez dwa tygodnie mogłabym chodzić codziennie na inne zajęcia i do tego oczywiście sauna i basen :) Tak więc od soboty jestem szczęśliwą posiadaczką takiej oto karty (jest to karta tymczasowa, potem dostanę taką ze zdjęciem, mam nadzieje tylko że jak mi robili zdjęcie to dobrze wyszłam, bo nie przyszło mi do głowy żeby je zobaczyć)
W sobotę byłam na amerykańskiej 'garażówce', która sama w sobie pewnie niczym by się nie różniła od naszych gdyby nie występy cheerleadrek. Niestety mam tylko jedno zdjęcie na którym cokolwiek widać.
W niedzielę zaliczyłam kolejne Amerykańskie miasto. Tym razem Waszyngton. Jest zupełnie inny niż sobie wyobrażałam, przede wszystkim nie ma tu wieżowców, w mieście panuje ogólna zasada, że budynki nie mogą być wyższe niż ok 10 pięter, dlatego wszystkie są dość niskie ale mega masywne. Spacerując ulicami czułam się lekko przytłoczona przez te wszystkie ciężkie konstrukcje, ale z drugiej strony to daje naprawdę niepowtarzalny klimat. Na szczęście jest dużo otwartej przestrzeni. Przy ulicach jest pełno samochodów z których sprzedają hot-dogi i napoje. Jedyne co mnie rozczarowało to Biały Dom, a w zasadzie biały domek. Zawsze mi się wydawało, że jest większy, ale podobno jego niewielki rozmiar był zamierzony-żeby prezydent nie czół się jak król. Z resztą co będę pisać, wrzucę foty :)